piątek, 20 listopada 2009
Bramkarze Obrońcy Pomocnicy Napastnicy Posucha, po prostu posucha... I jak z tego zrobić wyjściową jedenastkę??? A zwłaszcza ustawić na bokach? W efekcie wyszło mi coś takiego: Barwy narodowe reprezentacji Mazowsza, wzięte z godła i flagi Warszawy (nie Mazowsza, gdyż wyszłoby identycznie jak z reprezentacją Polski): czerwone - żółte - czerwone (rezerwowe: żółte - żółte - czerwone), najwyższa klasa rozgrywkowa stworzona z drużyn: Ktoś chętny na zrobienie rywali z innych polskich prowincji? Nudzi Ci się? Nawet jeśli te testy to lipa, to fajnie mieć choć przez chwilkę poczucie, że ma się zdolność myślenia taką, jakby się miało kilka lat mniej :D
czwartek, 19 listopada 2009
Taki podkurwiony byłem rano. Wczoraj kolejna rozmowa z Lubą, mająca za motyw przewodni "to wszystko nie ma sensu", skandaliczne zachowanie Nikusi, która ostatnio dzień w dzień funduje nam z okazji wieczornego mycia oraz chodzenia spać istny horror, pełen płaczów, rzucania zabawkami itp., w pracy tak sobie (eufemizm!), a do tego jeszcze wielce sympatyczna i konkretna rozmowa kwalifikacyjna w sprawie pracy (tak, tak, szukam etatu), ale niestety okazało się, że potencjalny pracodawca, wyjawiony przez pośrednika, jest (znów eufemizm!) taki sobie. Dziś rano Nikusia powtórzyła show, spóźniliśmy się na śniadanie do przedszkola, a ja musiałem prawie pół godziny kiblować na stacji w oczekiwaniu na pociąg. No i tradycyjnie po przyjeździe do Warszawy musiałem szukać czynnego wpłatomatu mBanku... Miałbym zupełnie skwaszony humor (tym bardziej, że zgryzłem się dyskusją pod wpisem o zdejmowaniu krzyży - patrz niżej - oraz właśnie na Wierzbnie nastąpiła awaria zasilania i bateria w laptopie starczy jeszcze tylko na niecałą godzinę), gdyby nie... wiewiórka. Natknąłem się na nią w drodze na stację i gapiłem się na nią bardzo długo. Skakała po drzewach, biegała w górę i w dół, gapiła się też na mnie - a ja robiłem się coraz spokojniejszy, aż wreszcie nawet zacząłem się uśmiechać. Dzięki, Ruda! (Albo Rudy.) Takie niewinnie i ładnie wyglądające stworzonko, wyczyniające akrobatyczne harce na cienkich gałązkach, chyba każdego jest w stanie rozbawić... Nie wiem czemu, ale na koniec pożegnałem ją... zjadliwością. Albowiem wyrzekłem w głos: Eliminacje mistrzostw świata w piłce nożnej zakończone. 32 drużyny narodowe mają kilka miesięcy, żeby przygotować się do imprezy. Brazylia, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja, Anglia, Holandia i Argentyna pojadą na nie po to, żeby je wygrać. Pozostali po to, by sprawić niespodziankę i pokazać się z jak najlepszej strony. A ja wciąż jestem pod wrażeniem ostatecznych roztrzygnięć i właśnie mam czas, żeby sobie je uporządkować. Nie chce mi się tylko pisać o dokonaniach naszych kopaczy, bo szkoda moich nerwów... W Europie faworyci nie zawiedli. Hiszpania, Holandia, Anglia, Niemcy i Włochy bezdyskusyjnie byli najlepsi w swoich grupach. W pozostałych wyniki też nie kłamią: Serbia, Dania, Słowacja i Szwajcaria, nawet mimo potknięć (najbardziej spektakularne zanotowali Helweci przegrywając u siebie z... Luksemburgiem) były najlepsze. Ale prawdziwe jaja zaczęły się dopiero w barażach i szczerze przyznam, że jestem wręcz zaszokowany niektórymi roztrzygnięciami. Najbardziej żal mi Bośniaków, którym, jako nacji wybitnie pokrzywdzonej przez niedawną historię oraz ze względu na fakt, że to mały naród, kibicowałem zawzięcie. Zwłaszcza, że los przydzielił im Portugalczyków, których jako nacji piłkarskiej (obok Włochów i jeszcze jednej, o której za chwilę) szczerze nie znoszę za antyfutbol i oszukiwanie na boisku. Bośniacy robią furorę w piłce klubowej, jako reprezentacja ze sporą przewagą zdystansowali Turcję i Belgię, miałem więc nadzieję, że starzejący się Portugalczycy, którzy przeczłapali przez eliminacje ze sporą dozą fuksa, staną się też ich ofiarą. A guza - dwa razy 1:0 dla Portugalii i pozamiatane... Kolejną nacją, jakiej nie cierpię, są Grecy. I oni też pojadą na MŚ, aczkolwiek akurat po barażach zasłużenie, bo Ukraina zagrała słabiutko (zwłaszcza u siebie), co stwierdziłem naocznie dzięki transmisji na Eurosporcie. Ukraińcom kibicowałem, bo lubię Szewczenkę i Tymoszczuka, ale zamiast ich na MŚ zagra grupa ludzi, dla których nadrzędnym celem jest murowanie własnej bramki... Największym szokiem awans Słoweńców. Kurczę, oni naprawdę są nieźli! I zaryzykuję stwierdzenie, że na MŚ mogą być czarnym koniem, taką Chorwacją z 1998 roku! Rosjanie przecież, prowadzeni przez Hiddinka, na ostatnim EURO zrobili furorę, grając po prostu ładnie dla oka. A teraz znaleźli pogromcę w Słoweńcach, którzy potrafią też widowiskowo atakować! Słoweńcy nie załamali się w Moskwie i strzelili kluczowego gola na wyjeździe (a mogli nawet zremisować), zaś u siebie zasłużenie wygrali. Może to właśnie oni powinni być dla nas wzorem? No i wreszcie największy skandal, czyli awans Francji, wywalczony dzięki zagraniu ręką, z premedytacją, Henry'ego, oraz ślepocie sędziów, którzy tego nie zauważyli. Żal Irlandii, po prostu żal... Powiem szczerze, że śmieszą mnie napuszone słowa tych, którzy żądają od Francuzów skruchy oraz zaproponowania w duchu fair play dodatkowego meczu oraz odsądzają od czci i wiary Henry'ego. (Henry oszukał, to fakt niezaprzeczalny, ale... odsyłam do bloga Michała Pola - podpisuję się pod poglądem tam zawartym) Biznes to biznes, liczy się wynik, a nie uczciwość. Tak było w przypadku "ręki Boga" Maradony czy szwindli Koreańczyków w 2002 roku. I tak będzie teraz, tym bardziej, że w dzisiejszych czasach w każdym meczu piłkarze oszukują, a sędziowie się mylą. Jedynym rozwiązaniem jest złamanie oślego uporu FIFA, która zabrania wprowadzenia roztrzygnięć w spornych sytuacjach za pomocą zapisu video. Dodatkowi sędziowie, testowani w Lidze Europejskiej, to tylko półśrodek. A argument o tym, że finał MŚ i mecz okręgówki w Zimbabwe muszą być rozgrywane wg takich samych przepisów jest po prostu chybiony... W Afryce było też bardzo ciekawie. Najpierw Ghana i Wybrzeże Kości Słoniowej udowodniły, że są hegemonami Czarnego Lądu, potem Kamerun i Nigeria (aczkolwiek ta druga dzięki niespodziewanej porażce Tunezji z Mozambikiem) pokazały, że eliminacje sprzed czterech lat były "wypadkiem przy pracy". Byłem pewien, że dołączy do nich Egipt, a tu proszę: na deser niespodzianka i po barażu w sudańskim Omdurmanie do RPA pojedzie Algieria zamiast widowiskowo grających "Faraonów"! W Azji i Oceanii wszystko roztrzygnęło się już dawno temu, czyli awans Japonii, obu Korei oraz Australii, a w sobotę dołączyła do nich Nowa Zelandia, co tak naprawdę... nie jest niespodzianką. Po prostu potwierdziła się dominacja Dalekiego Wschodu nad Bliskim! No i wreszcie obie Ameryki, czyli faworyci (Brazylia, Argentyna, USA i Meksyk) w komplecie (aczkolwiek Argentyna z wielkim trudem), oraz w pełni zasługujące na awans Paragwaj, Chile, Urugwaj i Honduras. Mała ciekawostka na podsumowanie: po raz pierwszy w historii MŚ nie będzie debiutanta pełną gębą! Nie będzie, bo Słowacy grali w ramach Czechosłowacji i bardzo często to właśnie oni (vide wicemistrzostwo w 1962) decydowali o obliczu tej drużyny. A kto wygra? Zabawię się w proroka i powiem, że... Brazylia. Dlatego, że poza Europą nigdy nie wygrywał zespół europejski, a poza Brazylią nie ma nikogo (Argentyna jest za słaba i ma koszmarnego trenera), kto mógłby ten tytuł zdobyć!
poniedziałek, 16 listopada 2009
Oj, dzieje się w sprawie krzyży... Zaczęło się od tego, że mieszkająca we Włoszech Finka o nazwisku Lautsi zaprotestowała przeciwko obecności krzyży w szkolnych salach, w których uczyła się jej pociecha. W końcu sprawa dotarła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który wydał jednogłośnie wyrok, iż owe krzyże łamią Europejską Konwencję Praw Człowieka, a konkretnie prawa rodziców do zapewnienia wychowania i nauczania swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami religijnymi i filozoficznymi oraz prawo wolności myśli, sumienia i wyznania. Najpierw zagotowali się Włosi, później zaś zagotował się Lech Kaczyński oraz Kościół. Kaczyński zdenerwował mnie szczególnie, rzucając tekst że "nikt w Polsce nie przyjmie do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży". Ja przyjmuję coś takiego do wiadomości i jestem przeciwny krzyżom w miejscach nie mających niż wspólnego z kultem. Nie tylko ja - takich ludzi jest więcej, o czym można przekonać się tutaj i przy okazji dać temu wyraz. Przy okazji uzmysławiając Lechowi K., iż Prezydent RP, zgodnie z art. 126 ust. 2 Konstytucji RP, czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, która w art. 25, ust. 2 stwierdza, że: Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. Oznacza to, że swoim przemówieniem złamał zasadę art. 25 ust. 2 Konstytucji RP, co nie powinno pozostać bez konsekwencji. Polska oficjalnie wg prawa i Konstytucji jest państwem, w którym istnieje rozdział państwa i religii. Najwyższy więc czas, żeby owe zapisy przestały być fikcją; aby zaczęto je respektować. Mnie osobiście nic nie obchodzi powoływanie się na "katolicką tradycję" ani "katolicką większość". Zwłaszcza, że owa tradycja jest dość absurdalna i polega między innymi na traktowaniu Kościoła jako stojącej ponad prawem świętej krowy albo na zawierzaniu Polski jakimś siłom de facto w podzięce za... np. rozbiory. Prawo jest prawem i mnie samego aż szlag trafia, gdy widzę krzyż w publicznej szkole, urzędzie czy szpitalu. Już pal sześć, że dla mnie krzyż jest symbolem nietolerancji i wielkiej ilości wyrządzonego zła. Najważniejsze jest to, że owa wszechobecność krzyży jest dla mnie wyraźnym symbolem uprzywilejowania jednego wyznania kosztem innych oraz ludzi, którzy deklarują się jako niewierzący. A na dokładkę symbol ów jest furtką do dalszych zjawisk, takich np. jak wpychanie się religii do regulowania kwestii politycznych czy społecznych (vide sprawy aborcji, in vitro czy wielokroć łamiących prawo postępowań odnośnie tzw. zwrotu majątków kościelnych) czy też jak wręcz dyskryminacja "gorszych" (religia / etyka w szkołach) lub promowanie niewiedzy (brak edukacji seksualnej). Czy to się Kaczyńskiemu i jego poplecznikom podoba czy nie, krzyże w miejscach stricte "państwowych" łamią i prawo polskie, i ratyfikowane przez nas międzynarodowe traktaty. Wyrok zaś Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oznacza, że każdy w Polsce może wstąpić na ścieżkę przetartą przez panią Lautsi i zakładać jako pewnik otrzymanie odszkodowania. Wiara jest sprawą prywatną, jej okazywanie też. I niech tak wreszcie będzie! Ps. Właśnie przeczytałem, że grupa katolickich talibów, najwyraźniej wg zasady, iż najlepszą obroną jest atak, postuluje dodanie do polskiego godła (oraz wielu herbów polskich miast) krzyża. Co będzie następne? Mamy też wspaniałą, wielowiekową tradycję cenzusu wiary odnośnie sprawowania stanowisk państwowych. Może więc jakaś garstka głąbów wpadnie na to, że skoro ponoć Polak = katolik (bezwyjątkowo), to niekatolicy won albo do gett?
sobota, 14 listopada 2009
O skrzyżowaniu warszawskich ulic Wołoskiej i Woronicza już jakiś czas temu pisałem. A teraz napiszę znowu, bo to skrzyżowanie, koło którego się wychowałem i do dziś często koło niego przechodzę, jest wybitnie pechowe... Do kolejnego wpisu na ten temat sprowokował mnie ten artykuł. Rzeczywiście, od dawna jeżyły mi się włosy na głowie, że tak długo jest robiony środkowy, dwujezdniowy odcinek Wołoskiej (a w zasadzie to wciąż jest w planach i nic nie zrobiono) od Wiktorskiej do Konstruktorskiej, przez co w okolicy panują permanentne korki. Ale pomysł, żeby jeszcze polikwidować tam część skrętów tramwajowych, postawił mi włosy dęba na całym ciele! Już teraz, gdy skrócono "33", dzieje się tam wybitnie źle (co zresztą prorokowałem). Więc jakie pandemonium zapanuje, gdy tramwaje dostaną zakaz skręcania? Domyślam się, że chodzi głównie o skręt Centrum - Woronicza. Ale przecież wywalenie "16" (ale gdzie??? czy planowany remont pętli Służewiec umożliwi krańcowanie tam kolejnej linii, gdy dziś w szczycie cztery się tam nie mieszczą?) nic nie da, bo i tak w szczycie wyjeżdżają / zjeżdżają do zajezdni tramwajowej całe tabuny składów, z których większość wyjeżdża z Woronicza do Centrum! Więc gdzie się te tramwaje podzieją? Będą zasuwać przez Puławską??? Na pewno nie da się usunąć skrętów na linii Woronicza - Służewiec. W szczycie kursujące bardzo często (razem) "14", "18" i trójwagonowe "44" przewożą co chwila tłumy ludzi ze służewieckiego zagłębia biurowego (ZTM planuje wspomóc tramwaje dodatkową linią autobusową) do metra, a kursująca prosto, co 5 minut, "17" jest w szczycie często nabita do granic wytrzymałości. Co by więc nie zrobiono podejście, że transport prywatny (samochodowy) jest ważniejszy od mających większą przepustowość potoków pasażerskich tramwajów, spowoduje masakrę. Tym bardziej, że parkinkgów w okolicy praktycznie nie ma i np. przejście z wózkiem ulicą Domaniewską jest po prostu niemożliwe ze względu na kompletnie pozastawiane chodniki. Dzisiaj zrobiłem wizję lokalną i doszedłem do wniosku, że rozwiązanie problemu tego skrzyżowania jest wprost trywialne (aczkolwiek być może moja wizja jest wybitnie laicka), ale zapewne "nie da się" z powodu wydumanych problemów albo oślego uporu. Na tym skrzyżowaniu jest po prostu tyle miejsca, że spokojnie dałoby się tam zrobić na tyle duże rondo, żeby tramwaje skręcały bez blokowania się nawzajem z samochodami! Wymagałoby to co najwyżej wycięcia paru drzew przy zajezdni i składania "44" z dwóch wagonów...
piątek, 13 listopada 2009
Uboczny efekt puszczania Nikusi na okrągło bajek: ciągle każe każdemu odgrywać rolę wilka, po czym biegnie po nóż (na szczęście swój, plastikowy) i domaga się nadstawienia brzucha tak, żeby można było go rozpruć... Lubiłem kiedyś Annę Dymną, ale przez te bajki przestałem. Jej głos mnie wręcz przeraża! Lubię ostatnio za to przyglądać się ptakom - srokom, gawronom, kawkom itp. Odnajduję w nich coś "dinozaurzego", w chodzeniu, przyglądaniu się, wydziobywaniu czegoś. Patrzyliście kiedyś na ptaszyska pod takim kątem? Ależ mam dziś jazdę na Manic Street Preachers! I ludzie, nie panikujcie tak, że dziś 13-ty piątek! Trochę rozumu! Piątki uwielbiam, bo to początek weekendu, 13-tego urodziła się Nikusia. Kumulacja! :)
środa, 11 listopada 2009
Polacy to naród przeraźliwych ponuraków.
poniedziałek, 09 listopada 2009
Nachodzące dni (razem ze świętem) są po raz kolejny walką o przetrwanie. A w ogóle to odkryłem ciekawe zjawisko: uwielbiam z Nikusią oglądać Domisie i słuchać bajek. Czy kiedykolwiek polska publiczna służba zdrowia przestanie mnie zadziwiać? W sobotę przekonałem się razem z Lubą i Nikusią, że ciągle może zadziwić coś nowego... Nikusia od paru dni walczyła z zapaleniem ucha. Antybiotyk, siedzenie w domu, narastająca tęsknota za przedszkolem... W nocy z piątku na sobotę spała u nas i... obudziła nas płaczem. Okazało się, że rozbolała ją prawa noga i to tak bardzo, że Mała płakała z bólu i nie była w stanie nawet się podnieść! Luba lekko spanikowała, ja filozoficznie zasiadłem do internetu i telefonu, dochodząc do wniosku, że na wzywanie pogotowia to jeszcze za wcześnie, bo Nikusia się uspokoiła po jakimś czasie i aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy czegoś sobie nie wymyśliła. Mieszkamy w podwarszawskiej pipidówie i już kiedyś z okazji szpitalnych peregrynacji mało parlamentarnie wytłumaczno nam, że możliwość leczenia teoretycznie jest wszędzie, ale... wypieprzać mi do swojego powiatu! No to dzwonię po szpitalach powiatowych w Pruszkowie i okazuje się, że izbę przyjęć w sobotni poranek czynny ma jeden. I jest to jedyne miejsce w okolicy, gdzie przyjmują za darmochę, w ramach NFZ-u. Już się ucieszyłem, że coś jest działającego w okolicy, gdy pani sprowadziła mnie przez telefon na ziemię: Skołowałem więc samochód, zapakowaliśmy się i pojechaliśmy. Sobota południe, centrum Warszawy, udało nam się zaparkować po... 20 minutach. O dziwo do lekarza czekaliśmy tylko kilkanaście minut, ale potem zaczęły się schody. Polegające na tym, że mieliśmy zrobić USG, a do tego akurat gabinetu co chwila przychodził ktoś, kto na konkretną godzinę miał umówioną wizytę - a do tego był poślizg... No i tak sobie siedzieliśmy, przepuszczaliśmy kolejne osoby (nb. tak sobie zażyczył facet robiący USG), aż wreszcie po ponad godzinie szlag mnie trafił i wepchałem się na chama. Pewnie gdybym tego nie zrobił okazałoby się, że byśmy siedzieli tak do wieczora... Fajnie są zorganizowane izby przyjęć, nie? Okazało się, że Nikusia ma stan zapalny - w bioderku. Zebrało się sporo płynu i to było przyczyną bólu (zresztą na tyle złośliwego, że ucisk poszedł na ból, sugerując ból w kolanie). Antybiotyk, który bierze, miał razem z leżeniem w łóżku zwalczyć problem. I w sumie tak się stało; Mała przeleżała cały weekend (aż dziwne, że udało się ją do tego namówić, ale sama czuła, że ją boli) i dziś rano zaraportowała, że wszystko jest OK...
wtorek, 03 listopada 2009
Niedobrze - Nikusia pierwszy raz w życiu "podpadła" pod antybiotyk. Jednak ma co innego niż ja; pani doktor zdiagnozowała zapalenie ucha i ropkę w gardle. Do końca tygodnia ma siedzieć w domu, żadnego wychodzenia nawet na chwilkę na dwór. A to oznacza, że ktoś będzie musiał z nią być, więc wszystko się jeszcze bardziej skomplikuje... Ech...
poniedziałek, 02 listopada 2009
Deprecha jakby mniejsza... Składa się na to kilka czynników. Primo: daję sobie ostatni miesiąc na "własne". Za dużą czkawką odbija mi się sinusoida "zarobić - nie zarobić" i nerwy z tym związane. Wola boska i skrzpce - poszukam jakiegoś etatu. Może potem uda się połączyć jakoś jedno z drugim? A może w listopadzie i grudniu potencjalni kontrahenci będą mieli kasę do wydania i coś drgnie naprawdę solidnie? Secundo: z Lubą nawet sensownie spędziłem weekend. O tyle, że byliśmy w stanie ze sobą rozmawiać, coś razem zrobić i był w tym chociaż ten gram uczuć. Zobaczymy, co będzie dalej. Do końca roku żadnych gwałtownych ruchów... Cmentarze tradycyjnie wcześniej, więc 1-szego mieliśmy czas dla siebie. Korzystając z pięknej pogody poszliśmy z Nikusią na cmentarz w "naszej wsi". Zabawne: mieszkamy tam już wiele lat, koło cmentarza przechodzimy praktycznie codziennie (jest koło targu, marketu i przychodni), a dopiero pierwszy raz tam się wybraliśmy. Spotkaliśmy parę znajomych osób, zapaliliśmy znicze na kilku opuszczonych grobach, powałęsaliśmy się tak bez celu... Obyło się bez pytań Małej typu "co to za miejsce" lub "co to są groby" - i w sumie dobrze, bo jakoś nie jesteśmy w stanie / nie mamy teraz pomysłu, jak to jej tłumaczyć. Już przy "zniknięciu" jednego z psów mojej mamy nieźle się nagimnastykowaliśmy... A w ogóle to popełniamy coś na kształt przestępstwa :) Wiadomo, że są cyrki z edukacją maluszków, że MEN dostaje piany na japach, gdy dzieci w przedszkolach niczym na tajnych, wojennych kompletach, uczone są literek. Jakiś cymbał (albo stado cymbałów) wymyśliło, że jeśli rodzice sprzeciwiają się zrobionej na łapu-capu pseudoreformie pt. "sześciolatki w podstawówce", to ich dzieci nie mają prawa zgodnie ze swym własnym, wewnętrznym przymusem i pragnieniem rozwoju, uczyć się poza szkołą. Stąd absurdy i stąd Berenisiowa ich kontestacja - najwyraźniej idzie w moje ślady! Bo ja jako gżdyl malusieńki szybko zacząłem składać literki i już w zerówce potrafiłem pisać i czytać - a teraz Mała z coraz większym uporem domaga się definiowania znaczków i sama zaczyna coraz częściej je zapamiętywać i nazywać, zaś od tego do kolejnego kroku, czyli składania literek w słowa, już niewiele brakuje... A guza - jak chce, będzie czytać i liczyć wtedy, gdy sama wyznaczy sobie na to czas. I podejrzewam, że idąc do szkoły będzie w tym bieglejsza od wielu ćwoków, którzy paragrafami pragną zabić w dzieciach pęd ku wiedzy tudzież udowodnić rodzicom, że głupi przepis jest od rodziców ważniejszy... A poza tym albo grypa, albo jakaś wirusowa infekcja. Mnie rozebrało w sobotę, padłem jak ścięty w porze dobranocki, obudziłem się tylko po to, żeby posłać łóżko i... spałem ponad pół doby! W niedzielę obudziłem się w takim stanie, jakbym przebiegł maraton, a do tego doszły spore problemy żołądkowe. Ledwo wróciliśmy ze spaceru Nikusia dostała takich samych objawów, plus gorączka, ogólna płaczliwość i absolutna niechęć do jedzenia. Ledwo udało się w nią wmusić ryżankę (choć zarzekała się, że na ciasto zawsze znajdzie się miejsce w brzuszku), a w łóżku spędziła - leżąc lub śpiąc - cztery godziny. Dziś więc chyba zostanę u mamy, żeby nie kumulować swojego i jej przeziębienia i dodatkowo zmiejszając szansę na złapanie bakcyla przez Lubą. Zwłaszcza, że przed chwilą okazało się, że mam już ponad 38 stopni i jak znam życie, wieczorem będę się czuł jak zbity pies... Cóż, robię coś sensownego od 9:00. No to dalej do roboty!
środa, 28 października 2009
Deprecha... Tłamsząca, wszechogarniająca, wypełzająca z każdej dziury... Ostatnie dni przeżyłem schizofrenicznie. Z jednej strony pracując momentami jak wariat, po kilkanaście godzin dziennie - aby tylko zdążyć, aby tylko jaśnie pan klient poczuł się usatysfakcjonowany i dopieszczony na całego. Z drugiej zaś strony powroty do domu i przebywanie w nim, nie licząc uśmiechów Nikusi, były istną katorgą. Jakże cieszyło to, że nie musiałem wracać na noc, że zamiast tego mogłem pracować... Ale dziś wracam i robi mi się autentycznie niedobrze... Ostatnie złudzenia pryskają; ja już nie wierzę i nie chcę... A poza tym dziś chce mi się płakać. I co z tego, że dałem z siebie tak dużo? "No ładnie pan to zrobił, no o to nam chodziło, ale wie pan, na początku myśleliśmy, że potrzebujemy tego na gwałt, ale okazało się, że możemy odpuścić - a wie pan, że umowa do niczego nie obliguje, niech pan się cieszy z zaliczki..." I co z tego, że do piątku (może poniedziałku) "przemyślą"... Ale ja już praktycznie wiem, praktycznie czuję, że nic z tego nie będzie. Potrafię oceniać i wnioskować. Uśmiechnąłem się więc z przymusem - będę czekać, choć już nastawiam się na apokalipsę. "A nie mógłby pan jeszcze zjechać z ceną?" Nie, nie mógłbym. Już zjechałem, gdzieś jest granica wyceny mojej pracy, w którymś momencie nie chcę pracować za nic, za jałmużnę. Tym bardziej, że wydatki są - spłacanie, życie, rachunki. I jeszcze tym bardziej, że Luba miała paskudny miesiąc, że wzrasta jej ZUS - to będzie apokalipsa, jeśli zabraknie kasy. Zostanie tylko na życie; niech wierzyciele się pierdzielą, nerki nie będę sprzedawać... Więc deprecha i przerażenie - co ja zrobię jutro, pojutrze, czekając na coś, w co nie wierzę, w domu, w którym nie wierzę? Próbowałem teraz za coś się wziąć, przełamać, zmusić - nic z tego, wewnętrzne ja zwinęło się w pozycję embrionalną i lekko drży, niezdolne do niczego poza wylaniem z siebie tego dobicia, co niniejszym czynię. Ironia losu: zrezygnowałem dziś z wizyty u lekarza, który może jakimś cudem coś by doradził, pomógł, żeby dowiedzieć się, że jest źle. Naprawdę mam już tego dosyć; tego codziennego powtarzania sobie, że "jutro wreszcie będzie ten dzień, gdy wszystko będzie wychodzić, będę się uśmiechać, a to, co wyjdzie, nie przerodzi się później w żadne rozczarowanie". po czym budzenia się i stwierdzania, że znów trzęsą mi się ręce, że obawy mnie zjadają - a potem przekonywania się, że to kolejny dzień pełen dołów... |
Ostatnie notki
Zakładki:
1) Moje inne blogi
2) Licznik wizyt
3) Kontakt (kliknij)
4) Czytam częściej
5) Czytam często
6) Dla dorosłych
7) Forum
8) Ulubione strony
Sponsorzy bloga
Reklama na blogach
LIVESCORE.in
Blogvertising.pl | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||