środa, 10 lutego 2010

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów wpadła mi do kibla rolka papieru toaletowego.
I niemalże cała się zamoczyła.
Jeszcze jakiś czas temu postawiłbym ją na kaloryferze i wysuszył.
Ale teraz popatrzyłem na nią z politowaniem, po czym wywaliłem ją do śmieci.
Mogę więc ogłosić, że kryzys gospodarczy się skończył.

wtorek, 09 lutego 2010
Międzynarodowy Dzień Pizzy.
A ja grzesznie i bezbożnie czciłem je w niedzielę...
To było totalne obżarstwo.
Aż do wczorajszego wieczoru czułem, że spełniłem swój obowiązek wyznawcy...
poniedziałek, 08 lutego 2010

Ja naprawdę staram się kupić sobie buty! I naprawdę nie rozumiem, dlaczego ich nie mam...

W zeszłym tygodniu zaczęło się od tego, że dzięki ojcu napaliłem się niczym szczerbaty na suchą bułkę w związku z opcją "buty marki Protektor". Pojechaliśmy do sklepu, gdzie ojciec kupił sobie takowe i... okazało się, że już za chwileczkę, już za momencik mają remont, więc nowych dostaw nie robią, a mojego rozmiaru niet. Sprzedawca dał nam cynk, gdzie jeszcze takie buty można kupić i... za każdym razem pudło - butów niet.

W piątek ambitnie przedreptałem okolicę bliższą i dalszą, odwiedzając Galerię Mokotów, kilka sklepów i sklepików. Za przeproszeniem dupa. Czy ja mam naprawdę jakieś niesłychane wymagania? Buty mają być czarne, wygodne, powyżej kostki, z podeszwą zabezpieczającą przed ślizganiem się, sznurowane i bez jakichś dziwacznych blaszek czy ozdobników. No i w cenie sensownej, nie na zasadzie kilkaset zeta. Owszem, znajduję takie buty, tylko dziwnym trafem jak już znajdę odpowiadające, to okazuje się, że nie ma mojego rozmiaru, czyli 41-42. Dzisiaj znów chcę podjąć próbę objechania kilku sklepów w dalszej okolicy, w tym w CH Reduta, lecz obawiam się kolejnej daremności...

*     *     *

Ostatni weekend był wyjątkowy. Po raz pierwszy od grudnia spędziłem go... w domu. Zapowiadało się nieciekawie; mieliśmy z Lubą ostatecznie ustalić koniec, dogadać podział obowiązków wobec Nikusi, co zrobimy z mieszkaniem, ustalić kwestie finansowe... Jechałem tam zdenerwowany jak diabli, w piątkowy wieczór i przez całą sobotę (dopiero w sobotę wieczorem pogadaliśmy na poważnie) iskrzyło, sama rozmowa była demolująca psychicznie... Ale resztę soboty i niedzielę spędziliśmy sensownie, we trójkę i... chyba nie tylko ja mam wrażenie, że nic nie zostało ustalone ostatecznie-ostatecznie, że jeszcze jest promyczek nadziei. Zastanawiam się tylko, czy potrzebnej? Ale skoro mi chce się coś robić i nagle okazuje się, że Lubej też, więc może...

W sobotę we trójkę poszliśmy do cukierenki, w niedzielę byliśmy na balu karnawałowym dla maluchów i obżeraliśmy się pizzą (dotąd mam brzuch jak u ciężarnej). I było naprawdę fajnie; gdzieś zniknął dystans - pośmialiśmy się, powygłupialiśmy, pogadaliśmy o głupotkach, porobiliśmy sobie trochę małych, przyjaznych gestów... A teraz, człowieku, spokojnie - nie myśl o tym, przynajmniej do następnego razu. Robienie sobie planów, nadziei i wyobrażeń jest niepotrzebne. Co będzie, to będzie...

*     *     *

Nikusia była przeszczęśliwa z powodu tej normalności i chyba dlatego postanowiła być w centrum uwagi. Czyli była nieznośna :) Zrobiła się z niej niesamowita Grymasella, zmieniająca zdanie co chwila. Już wspominałem, że jeśli coś jej niby zasmakuje, to na pewno za chwilę powie, że jedzenie jest niedobre i je zostawi. Okazuje się, że taki sposób działania rozciąga się na wszystko - np. na wybór ciastek w cukierni (po chwili ryczy, że te są niedobre i chce inne, chociaż odwodziliśmy ją od kupowania jabłka w cieście i babki), bal jest super, dopóki się... nie zacznie (przyszliśmy pół godziny przed i najlepszą zabawą było bieganie po jeszcze pustawej sali, a "zorganizowane" tańce i konkursy są do kitu), pochylnia do wózków na stacji kolejowej musi służyć jako zjeżdżalnia, zakaz wywołuje obrażenie się na cały świat, podobnie jak zabronienie wchodzenia samej do pociągu...

Mądre książki mówią, że każde dziecko, które ma (w przedziale 1-6 lat) x lat plus pół, jest nieznośne. Na razie się to sprawdza - Nika co roku robi się małym terrorystą, by w okolicach urodzin i na wakacje stawać się aniołkiem...

środa, 03 lutego 2010
Jedno zjawisko zimowe wychodzi mi bokiem: śnieżyca. To znaczy nie mam nic przeciwko temu, że równocześnie dużo śniegu i wieje wiatr, tylko że dzieje się to na bakier z fizyką. Przed wyjściem na spacer z psem wyglądałem dłuższy czas przez okno - wiało z południa. Teraz też patrzę przez okno i odnotowuję ten sam kierunek wiatru. Jednakże na spacerze zatoczyłem koło - i cały czas wiało mi prosto w paszczę. Kurtka i czapka z przodu po spacerze były całe w śniegu z przodu. Złośliwość wiatru, który zmieniał kierunek razem z moim krokiem, czy zwykłe złamanie praw natury?
poniedziałek, 01 lutego 2010
...bal karnawałowy / kostiumowy dla przedszkolaka w Warszawie, w pierwszej połowie lutego (pomijając najbliższy piątek i sobotę)?
Tak zapytuję, bo mimo wszystko kilka osób tego bloga czyta, a wśród nich są mamusie i tatusiowie 3-6-latków.
Obiecałem Nikusi, która u siebie taki bal straciła ze względu na ospę, że ją zabiorę na inną imprezę w roli księżniczki, parę balów znalazłem, ale tak jakoś żaden mnie do siebie nie przekonał...
Z góry dzięki!
niedziela, 31 stycznia 2010

Jeżeli Nikusia usiądzie przed jakimkolwiek jedzeniem z kategorii "śniadanie, obiad, kolacja" i po pierwszym kęsie rzeknie z przekonaniem w głosie:
- Ale dobre!
należy zacząć się załamywać. Albowiem za każdym razem oznacza to, że po kilku kolejnych kęsach zwolni, zacznie bawić się jedzeniem, wymyślać tysiące czynności odciągających od stołu, po czym z jeszcze większym przekonaniem powie:
- Nie smakuje mi to...

A ja mam coś naprawdę nie tak z psychiką. Generalnie to wszystko mi się ostatnio kojarzy. Mama zapytała mnie:
- Jakie książki wzięliście ze sobą?
- Domisie oraz bajki o członku i napletku -
odpowiedziałem bez zastanowienia.
Mama popatrzyła dziwnie. Ja też, bo przyzwyczaiła mnie do tego, że kuma.
- Tomcio Paluch i Czerwony Kapturek... - wyjaśniłem niechętnie...

piątek, 29 stycznia 2010

Poczta Polska. Głęboki PRL. Ubaw po pachy za każdym razem, gdy mam z nią bliskie spotkania trzeciego stopnia. Jako i wczoraj. A tacy, kurna, nowocześni! Numerki, bajerki i tylko tyle, że nic jest to niewarte. Łaska Bogini, że już za momencik (no, to jeszcze liczone bardziej, niż w miesiącach) monopol tego betonu zostanie skruszony we wszystkich przejawach jego, amen.

Dostałem z banku dwa pisemka dot. obsługi kredytu. Jedno wyszło poleconym, drugie normalną drogą, oba w zasadzie mówią to samo (swoją drogą to też absurd, ale że zachciało mi się kiedyś mieć konto Inteligo, które połknął PKO BP, równie PRL-owski, więc nie mam się co dziwić), oba wyszły tego samego dnia. Dziesięć dni temu! Ten zwykły dostałem w piątek, awizo dotyczące poleconego w skrzynce wylądowało wczoraj. Oczywiście głupawy listonosz nie miał siły ani dymać na IV piętro, ani wysilić się wręcz przeogromnie i wcisnąć guziki domofonu, więc zostawił awizo w skrzynce z adnotacją "doma nikawo niet". W domu cały czas ktoś był, więc jeżeli kiedyś kogoś ot tak pobiję, to będzie to tępak roznoszący listy.

Dygresja: tydzień temu byłem w swojej wsi i zauważyłem, że samiczki gatunku "listonosz PP" też są mało kumate. Piszczy domofon, podnoszę słuchawkę i słyszę damski głos, zapytująco wymawiający moje imię. Uruchomiona wyobraźnia każe zapomnieć o obłudzie i ohydzie świata tego, podpowiada coś fajnego, więc odpowiadam twierdząco i wciskam guzik. Sekundę chwilę ogarnia mnie żal, bo jednak słyszę gromkie "Poczta!". Kilkanaście sekund później słyszę dialog listonoszki i sąsiada mieszkającego obok, którego syn nosi takie samo imię jak ja:
Listonoszka: O, witam pana, dzięki, że pana syn otworzył mi drzwi!
Sąsiad: Syn? Przecież mojego syna nie ma w domu!
Listonoszka: To kto mi, k..., drzwi otworzył?
Bonus sytuacyjny: baba szła do mnie z rachunkami za gaz i najwyraźniej pomyliły jej się numery mieszkań / ich mieszkańcy...

Wracając do tematu. Dzięki tępocie i lenistwu listonosza zasuwam na pocztę (dwa przystanki w kopnym śniegu) i odkrywam numer z drugą przesyłką. Ale zanim dostaję ją w łapki, wściekam się i wołam kierowniczkę, wyciągając zarazem komórkę i grożąc, że zaraz to nagram i wyślę do TVN-u. Dlaczego? Połowa okienek zamknięta - to raz. Na automacie wydającym numerki zarówno pod pozycją A jak i B stoi jak wół: "odbiór przesyłek i listów awizowanych" - to dwa. Widzę, że w okienku "paczkowym", oznaczonym jako A, nie ma kolejki - siedzi za to znudzone babsko i dłubie w nosie. Więc biorę A i po chwili wręczam awizo, na co babsztyl oczywiście cedzi "ale ja wydaję tylko paczki!". Zdejmuję więc czapkę i ukazuję wystrzyżony niemalże na pałę łeb, dodatkowo jestem w grubej kurtce, więc wyglądam na solidnie nasterydowanego, przyjmuję minę "masz jakiś problem?" i sam cedzę, że g... mnie to obchodzi, od paru lat nie zmienili napisu na automacie z numerkami i zgodnie z tym, co tam napisano, u babsztyla odbiorę przesyłkę, a jej psim obowiązkiem, zamiast siedzieć i dłubać w nosie, jest przejść kilka metrów po list. I dodaję właśnie wtedy tekst o kierowniczce i wyciągam komórkę. A ludzie brechtają i kilku odważnych też bierze numerki A.

List dostałem. Ktoś powie, że uwielbiam być złośliwy. To prawda, czasami uwielbiam. Czepianie się rzeczywistości to moje hobby. Niestety, ja nie z takich, którzy jak im się daje kopa w tyłek, udają, że nic się nie stało. Poczta Polska robi wszystko, co urąga zdobyczom cywilizacji i służy traktowaniu klientów tak, jakby to oni byli złem koniecznym... Poza tym czy złośliwością jest walczenie o swoje zgodnie z tym, co ten pocztowy beton wypisuje jako obowiązujące reguły? Frajerzy niech stoją w kolejce i padają na kolana, gdy miłościwie im panująca panienka (wróć! baba!) z okienka oderwie się od tępego patrzenia w sufit i syknie: "czego?".

czwartek, 28 stycznia 2010

Tu nawet nie chodzi o to, że moje życie straszliwie meandruje. Ja po prostu je lubię. Już jak byłem małym dzieckiem, zabieranym często przez ojca na Mazury, uwielbiałem gapić się na przepływaną łajbą Narew, Pisę, Czarną Hańczę i Biebrzę, licząc zakręty; a na postojach bawić się w "rzeczkę". Polegało to na tym, że mały szczyl brał wiaderko, napełniał je wodą z rzeki i wylewał kilka kroków od brzegu, patrząc, jak woda tworzy miniaturowy ciek wodny z zakrętami, a potem, z każdym nabraniem wody, niszczy meandry i się prostuje.

Oczywistym było też to, że moja pierwsza wielka miłość mieszkała na ulicy Meander.

Tak sobie o tym przypomniałem wczoraj, gdy usłyszałem w wiadomościach, że skuty lodem Bug zaczyna wylewać. Popatrzyłem w Google Maps, żeby znaleźć to miejsce, a potem... spędziłem dwie godziny, oglądając zdjęcia satelitarne Narwi i Bugu. Raz, że pięknie to wygląda, dwa, że daje asumpt do potęgi natury. Ależ kapitalnie wyglądają zdjęcia takich zakol, zakrętasów i odciętych fragmentów koryt rzeki, a także uwidocznione, mimo powstałych pól, dróg czy zabudowań, pradawnych biegów rzek...

Ujście Biebrzy do Narwi

Ślady pradawnych koryt Narwi

Na koniec mała ciekawostka: Narew (podobnie jak Odra) należy do nielicznego w świecie grona rzek anastomozujących (warkoczowych), charakteryzujących się tym, że płynie stale równocześnie kilkoma korytami, o mniej więcej równym przepływie. Narew podlega temu zjawisku w okolicach Białegostoku:

Narew jako rzeka warkoczowa

od 01.02.2010 (poniedziałek):
a) linia 725 zostaje skrócona do krańca WILANÓW z jednoczesnym wycofaniem z odcinka Wilanów - Metro Wilanowska.
b) linia 727 w wybranych kursach, w kierunku Głoskowa zostaje skierowana na trasę: METRO WILANOWSKA - ... - Gołków: Gołkowska - Bąkówka: Asfaltowa - Robercin: Gościniec - Wola Gołkowska: Rybna - Głosków: Rybna - Szkolna - GŁOSKÓW-SZKOŁA.

środa, 27 stycznia 2010

Oglądam Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej i nie mogę wyjść z podziwu... Od razu zastrzegam: jestem jednym z przytłaczającej większości Polaków, która piłkę ręczną polubiła ostatnimi laty tylko i wyłącznie dzięki naszym reprezentantom. Oglądam tylko ich; nie kręci mnie ani polska liga, ani transmitowane na Eurosporcie czy DSF mecze Ligi Mistrzów. Ale to "niedzielne" zainteresowanie wystarczy, żebym miał szczękę poniżej kolan i dostrzegał sporo fenomenów.

Primo: emocje. Można naukowo dowodzić, że piłka ręczna jest grą wielce szybką, w której bramki padają co chwila, więc istnieje naturalna przewaga np. nad futbolem. Ale emocje, jakie dają polscy szczypiorniści, są wprost niesamowite! Istny diabelski młyn, od rozpaczy ku euforii sięgającej takich nieprawdopodobieństw, jak pamiętne "15 sekund" czy niedawna pogoń za Słowenią.

Secundo: walka z przeciwnikiem i własnymi słabościami, jakie fundują nam i sobie polscy zawodnicy. Nieuniknione jest znów porównanie z piłką nożną, która jest przecież "polskim sportem narodowym". Jakie to dziwne: polscy kopacze są najczęściej pośmiewiskiem, świat piłkarski traktuje ich jako coś zupełnie zbędnego, praktycznie każdy mecz z udziałem polskich piłkarzy prowokuje u kibiców stany bliskie apopleksji, ale "kopaną" oglądają miliony - i co ważniejsze pasjonują się nią na co dzień. I teraz wyobraźcie sobie polskiego piłkarza nożnego, który: a) wychodzi na Niemców z myślą, że chce ich zjeść; b) po założeniu kilku szwów w trakcie meczu, oberwaniu w głowę piłką lecącą z prędkością 100 km/h lub mając rozkwaszony nos i podbite oczy wraca do gry i walczy dalej na całego. Nikt nie jest sobie w stanie tego wyobrazić, bo polscy futboliści przed meczem z faworytem zawsze mają pełne gacie rzadkiej sraki, a jak da im się prztyczka, to natychmiast umierają albo odpuszczają z lęku o trwałość nażelowanej fryzury!

Tertio: zasada, że nic nie jest przegrane, zawsze próbuje się do końca. W przypadku szczypiornistów w ciemno można zakładać, że w każdym momencie i elemencie gry nasz zawodnik da z siebie 100%, a często nawet więcej.

Quarto: polska drużyna to "jeden za wszytkich, wszyscy za jednego". I to widać, że ta "banda" potężnie zbudowanych facetów z takimże trenerem jest niczym oddział komandosów, wypróbowany w wielu misjach, w którym każdy wypruje sobie flaki, jeśli to ma pomóc koledze.

Quinto: poza reprezentacją (choć Płocczanie i Kielczanie mogą się za to obrazić) polska piłka ręczna nie istnieje! Nie ma takiego szumu medialnego jak w siatkówce, nie ma całorocznej Małyszomanii, kluby ledwo zipią, najlepsi grają zagranicą, sponsor (i to taki sobie) reprezentacji pojawił się dopiero teraz... Wszystko trzyma się na Wencie i jego "chłopakach" - więc jakim cudem mamy taką potężną drużynę, przed którą drży teraz cały świat?

I wreszcie sexto: polska reprezentacja piłki ręcznej, na zdrowy chłopski rozum, jest zaprzeczeniem... polskości! Bo ci faceci prezentują w grze cechy, które dla większości dzisiejszych Polaków są obce. Wyglądają jak przybysze z przeszłości, jak polska husaria czy szwoleżerowie, których przeniesiono w XXI wiek razem z doprowadzoną do perfekcji umiejętnością walki i porywania się z motyką na słońce, jednakże dodaną jedną współczesną cechą polegającą na tym, że czasami włącza się chłodny rozum i pojawia się wniosek, że nie w każdym momencie, żeby pokonać przeciwnika lub zapewnić sobie cel, trzeba stawać na głowie. Wystarczy po prostu być lepszym!

Ps. podobne fenomeny obserwowaliśmy w siatkówce kilka lat temu, aczkolwiek siatkarze też (zwłaszcza z Brazylią) potrafili odpuścić, dzisiaj zaś mają o niebo lepszą sytuację niż szczypiorniści - abstrahując od faktu, że aż takiego zaangażowania, takiej zjednoczonej drużyny oraz chęci do gry nawet z kontuzjami u siatkarzy nie było widać...

wtorek, 26 stycznia 2010
Nikusia ma znów pecha - chciała koniecznie zobaczyć, jak wygląda "dzidzia w brzuszku" u mojej siostry ciotecznej, która była właśnie w dziewiątym miesiącu. Z powodu ospy było to oczywiście niemożliwe. No i możliwe już nie będzie w ogóle, bo siostra się pospieszyła i urodziła "10-punktowego" chłopaka dwa tygodnie przed teminem...
poniedziałek, 25 stycznia 2010

Puchar Narodów Afryki wkroczył w fazę ćwierćfinałów. Czyli przegrywający odpada - ergo nie ma szansy poprawienia błędów swoich i nieswoich w następnym meczu. Wkroczył i udowodnił tą fazą dobitnie, że zapis video pomagający sędziom w podejmowaniu decyzji jest warunkiem sine qua non tego, żeby człowiek nie mający szans nadążyć wzrokiem za piłką nie psuł wysiłku 11 facetów! Dwa z trzech dotychczasowych ćwierćfinałów zostały wypaczone przez sędziów:
a) wczoraj w ostatniej minucie dogrywki przez urojonego spalonego nie uznano prawidłowej bramki Wybrzeża Kości Słoniowej (bramki dającej remis i rzuty karne);
b) dzisiaj uznając bramkę, gdy piłka nie przekroczyła linii bramkowej, sędzia odebrał Kamerunowi jakąkolwiek nadzieję.
Gang zwany FIFA, z capo di tutti capi Blatterem na czele, zapewne znów powie, że "błędy sędziowskie są nieodzownym elementem meczów piłkarskich". A ja czekam, aż na MŚ przydarzy się po raz n-ty taka sytuacja i gdy pokrzywdzonymi będą Anglicy, Niemcy lub Włosi, ktoś się wnerwi i poda FIFA do sądu. Chyba tylko trzepnięcie tych starców po kieszeni może nimi wstrząsnąć... Chociaż są tak bogaci, że pewnie tego nie odczują...

I jeszcze jedno: tyle trąbi się o fair play, stałym elementem meczów jest wykopywanie piłki w trybuny, gdy ktoś odniesie kontuzji, ale dlaczego fair play nie ma zastosowania w sytuacji z powyższego akapitu? Dlaczego wczoraj Algierczycy, a dziś Egipcjanie, dlaczego nikt dotąd w takiej sytuacji po takim skrzywdzeniu przeciwnika, nie wpakował sobie samobója? Wniosek: fair play nie istnieje w decydujących roztrzygnięciach. Można spekulować, jaką odwagą jest zrobienie sobie kuku, żeby było sprawiedliwie, ale jak widać jest mniejszą, niż wykorzystywanie niesprawiedliwości... Jakie to, kurna, ludzkie...

Tegoroczna zima wprawia mnie w nastrój filozoficzny. Nawet nie dlatego, że przy utrzymującym się przez dłuższy czas mrozie ma się ochotę w ogóle nie wyściubiać nosa z domu, zawinąć się w ciepły koc i pogrążyć się w marzeniach o trzaskającym wesoło ogniu w kominku. Po prostu nie wiem, co o tej zimie myśleć.

Najpierw główkowałem w kontekście modnego ostatnimi laty globalnego ocieplenia. Punktem wyjścia dla moich dywagacji było biadolenie wielu czubków, że owe mrozy są kolejnym dowodem na to, że klimat zwariował. Czubki! Weźta się puknijta w łebki! Właśnie tegoroczna zima jest powrotem normalności; to zima w pełni zimowa, wyposażona we wszystkie niezbędne atrybuty typu śnieg, lód i ujemna temperatura! To zima, jaką pamiętam ze szczenięcych lat w PRL-u; zima, która nie dołuje ciągłą pluchą i deszczem, zima nieodpracie kojarząca się z lepieniem bałwanów, nartami, sankami i wielkim zaskoczeniem drogowców (choć w tym roku rekordy zaskoczenia biją przede wszystkim kolejarze i energetycy).

Tak więc uważam, że globalne ocieplenie poszło na obiad, po którym ucięło sobie drzemkę. I w ogóle rzeknę, że ostatnio przestałem ufać naukowcom w tymże temacie. Za dużo danych zafałszowali, co wypływa coraz częściej. Jestem więc w takim mentalnym rozkroku - z jednej strony nie ma co ukrywać, że ładujemy w atmosferę coraz bardziej absurdalne ilości ceodwa (a im więcej ładują go elektrownie węglowe, tym szczęśliwsi są ekolodzy, uważający, że wszystko "ekologicznie" powinno być na prąd czerpany z węgla), że zjawiska estremalne a'la tornada czy polskie gwałtowne burze są coraz częstsze, ale z drugiej... Jakby tu nie patrzeć kiełkują we mnie podejrzenia, że cały ten problem globalnego ocieplenia może być z tej samej bajki, co ostatnia grypa, będąca ordynarną maszynką do mielenia pieniędzy przez koncerny farmaceutyczne. Doszedłem ostatnio do wniosku, że prorokowanie globalnego ocieplenia będzie możliwe dopiero wtedy, gdy minie kilkaset lat - wieszczenie przyszłości z ostatnich dziesięcioleci prowadzi do absurdów...

Wracając do dywagacji zimowych - reklama z emenemsami była strzałem w dziesiątkę! Czerwony za cholerę nie kojarzy mi się z zimą, jako że Santa Klaus i jego żona Merry Christmas są dla mnie jednymi z najobrzydliwszych rzeczy na świecie. Za to żółty bałdzo bałdzo! W niektórych miejscach żółtego śniegu jest więcej, niż białego! Ja też się (pośrednio) do tego przyczyniam, wychodząc z psem na spacer. Niestety... Ale to pryszcz - przedwiośnie cofnie nas do epoki brązu! O ile ja sam pakuję (nie bez odruchu wymiotnego) efekty przemiany materii psicy, z którą wychodzę, to coraz częściej upewniam się, że to głupiego robota. Wszędzie jest tak nasrane, że to przechodzi ludzkie pojęcie! Co krok zamarznięty kupensztajn, który nie chce pogrążyć się w zlodowaciałym śniegu. Jak to wszystko zacznie topnieć, będzie smrrrród, że hej... Jak co roku...

A poza tym codziennie wychodząc na dwór śmieję się. Na widok tych paniuś z odsłoniętymi nerkami i pępkami, na widok macho, którzy mając w pogardzie kalesony noszą w majtasach siurki skurczone do rozmiarów naparstka i na widok obu płci, które czapki mają w czterech literach, więc z nosów cieknie im bogata treść wyciskana mrozem z zatok. Założę się o każdą stawkę, że gdyby takich osobników wysłać w Himalaje albo na Syberię, ubraliby się tak samo!

Kończąc dywagacje rzeknę, że w sumie lubię zimę. Na pewno bardziej, niż jesień zimą. I mam nadzieję, że ujemne temperatury potrwają do połowy marca, a potem w ciągu tygodnia wybuchnie wiosna, oszczędzając nam przedwiośnia!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 171
| < Luty 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Zakładki:
1) Moje inne blogi
2) Licznik wizyt
3) Kontakt (kliknij)
4) Czytam częściej
5) Czytam często
6) Dla dorosłych
7) Forum
8) Ulubione strony
  Sponsorzy bloga
  Reklama na blogach
  Blogvertising.pl
LIVESCORE.in