Blog > Komentarze do wpisu

Sensowniej, acz z wirusem

Deprecha jakby mniejsza... Składa się na to kilka czynników.

Primo: daję sobie ostatni miesiąc na "własne". Za dużą czkawką odbija mi się sinusoida "zarobić - nie zarobić" i nerwy z tym związane. Wola boska i skrzpce - poszukam jakiegoś etatu. Może potem uda się połączyć jakoś jedno z drugim? A może w listopadzie i grudniu potencjalni kontrahenci będą mieli kasę do wydania i coś drgnie naprawdę solidnie?

Secundo: z Lubą nawet sensownie spędziłem weekend. O tyle, że byliśmy w stanie ze sobą rozmawiać, coś razem zrobić i był w tym chociaż ten gram uczuć. Zobaczymy, co będzie dalej. Do końca roku żadnych gwałtownych ruchów...

Cmentarze tradycyjnie wcześniej, więc 1-szego mieliśmy czas dla siebie. Korzystając z pięknej pogody poszliśmy z Nikusią na cmentarz w "naszej wsi". Zabawne: mieszkamy tam już wiele lat, koło cmentarza przechodzimy praktycznie codziennie (jest koło targu, marketu i przychodni), a dopiero pierwszy raz tam się wybraliśmy. Spotkaliśmy parę znajomych osób, zapaliliśmy znicze na kilku opuszczonych grobach, powałęsaliśmy się tak bez celu... Obyło się bez pytań Małej typu "co to za miejsce" lub "co to są groby" - i w sumie dobrze, bo jakoś nie jesteśmy w stanie / nie mamy teraz pomysłu, jak to jej tłumaczyć. Już przy "zniknięciu" jednego z psów mojej mamy nieźle się nagimnastykowaliśmy...

A w ogóle to popełniamy coś na kształt przestępstwa :) Wiadomo, że są cyrki z edukacją maluszków, że MEN dostaje piany na japach, gdy dzieci w przedszkolach niczym na tajnych, wojennych kompletach, uczone są literek. Jakiś cymbał (albo stado cymbałów) wymyśliło, że jeśli rodzice sprzeciwiają się zrobionej na łapu-capu pseudoreformie pt. "sześciolatki w podstawówce", to ich dzieci nie mają prawa zgodnie ze swym własnym, wewnętrznym przymusem i pragnieniem rozwoju, uczyć się poza szkołą. Stąd absurdy i stąd Berenisiowa ich kontestacja - najwyraźniej idzie w moje ślady! Bo ja jako gżdyl malusieńki szybko zacząłem składać literki i już w zerówce potrafiłem pisać i czytać - a teraz Mała z coraz większym uporem domaga się definiowania znaczków i sama zaczyna coraz częściej je zapamiętywać i nazywać, zaś od tego do kolejnego kroku, czyli składania literek w słowa, już niewiele brakuje... A guza - jak chce, będzie czytać i liczyć wtedy, gdy sama wyznaczy sobie na to czas. I podejrzewam, że idąc do szkoły będzie w tym bieglejsza od wielu ćwoków, którzy paragrafami pragną zabić w dzieciach pęd ku wiedzy tudzież udowodnić rodzicom, że głupi przepis jest od rodziców ważniejszy...

A poza tym albo grypa, albo jakaś wirusowa infekcja. Mnie rozebrało w sobotę, padłem jak ścięty w porze dobranocki, obudziłem się tylko po to, żeby posłać łóżko i... spałem ponad pół doby! W niedzielę obudziłem się w takim stanie, jakbym przebiegł maraton, a do tego doszły spore problemy żołądkowe. Ledwo wróciliśmy ze spaceru Nikusia dostała takich samych objawów, plus gorączka, ogólna płaczliwość i absolutna niechęć do jedzenia. Ledwo udało się w nią wmusić ryżankę (choć zarzekała się, że na ciasto zawsze znajdzie się miejsce w brzuszku), a w łóżku spędziła - leżąc lub śpiąc - cztery godziny. Dziś więc chyba zostanę u mamy, żeby nie kumulować swojego i jej przeziębienia i dodatkowo zmiejszając szansę na złapanie bakcyla przez Lubą. Zwłaszcza, że przed chwilą okazało się, że mam już ponad 38 stopni i jak znam życie, wieczorem będę się czuł jak zbity pies...

Cóż, robię coś sensownego od 9:00. No to dalej do roboty!

poniedziałek, 02 listopada 2009, nauma

TrackBack
TrackBack URL do notki:
  Sponsorzy bloga
  Reklama na blogach
  Blogvertising.pl
LIVESCORE.in